Wyszedłem dzisiaj lekko spóźniony, oczywiście przeszedłem obok Maserati, które mijam każdego ranka, zastanawiając się, kiedy i czy w ogóle będzie mnie stać na taki samochód. Taki widok motywuje do ciężkiej pracy... . No właśnie.Uciekając ze sfery marzeń, podążałem w kierunku... przystanku autobusowego, gdyż w chwili obecnej nie jeżdzę jeszcze Maserati, w zasadzie nie jeżdzę nawet jeszcze Oplem Astrą. Do pracy dostaję się komunikacją miejską, ściślej mówiąc autobusem ZTM.
Kiedy doszedłem do przystanku autobusowego (a szedłem nie wolno), uświadomiłem sobie, że coś nie gra. Przystanek, na którym zawsze roi się od ludzi był... pusty. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z faktu, że uciekły mi wszystkie trzy, którymi mogę dostać się do pracy.Nie pozostało mi nic innego jak czekanie kolejnych dziesięciu minut na przyjazd kolejnych autobusów. Po chwili oczekiwania na przystanek przyszedł chłopiec w wieku ok. 10 lat, który głośno myślał: "dzisiaj mamy sobotę, czy niedzielę, sobotę? niedzielę?". W tym momencie pomyślałem, że trochę tęsknię do czasów, w których jedynym moim piątkowym dylematem było to, jaki dzień tygodnia dzisiaj mamy... .
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz